WYSZUKAJ NA STRONIE
Szkoła w Ruchu
Na W&łasne Konto
Projekty unijne, w których uczestniczymy
TELEFONY ZAUFANIA DLA DZIECI

DANE KONTAKTOWE

Czarna Górna 126
38-710 Czarna


Tel. sekretariat: 13 461 90 45
Tel. dyrektor: 13 461 92 27

E-mail: zssdyrektor@gmail.com
„Trochę „szaleństwa” nikomu nie szkodzi,
a wręcz często uczy…”
– wspomnienia z wycieczki do Borzęcina
<<-- Powrót
Nazywam się Kasia Gruszeczka i chciałabym opowiedzieć o wycieczce, na której byłam z Panią Dyrektor i Nauczycielem Geografii oraz z mają klasą, czyli drugą Gimnazjum w Czarnej. Wycieczka odbyła się w dniach 25 – 28 sierpnia 2012r. na zaproszenie Wójta Gminy Borzęcin woj. małopolskie.

Pierwszego dnia wraz z kolegami i koleżankami z klasy przyszliśmy pod szkołę, skąd mieliśmy wyjeżdżać do Borzęcina. Miałam chyba największą ze wszystkich torbę, a niektórzy chłopcy zmieścili swój bagaż tylko w jednym plecaku. Jak ruszyliśmy spod szkoły pod opieką pani Danuty Kornaga byliśmy bardzo podekscytowani. Świeciło słońce, było bardzo ciepło i powiewał miły wietrzyk. W Ustrzykach dosiadł się nasz opiekun pan Andrzej Rybski.

Pierwszy postój mieliśmy w Trzcinicy w skansenie „Karpacka Troja”. Obejrzeliśmy najpierw około półgodzinny film o ludziach zamieszkujących te tereny jeszcze z epoki przedsłowiańskiej i pierwszych Słowianach. Na sali było ciemno i tak cicho, że wydawało się, iż wszyscy śpią, ale jeszcze byliśmy nierozruszani więc opiekunom wydawało się, że nas to bardzo zainteresowało. Potem przeszliśmy do sali, gdzie były zgromadzone różne artefakty wykopane podczas wykopalisk w Trzcinicy oraz przygotowana duża ekspozycja przedstawiająca ważne możliwe wydarzenia z życia ówczesnych ludzi oraz ich zajęcia, a także zwierzęta i wyposażenie, w tym wojenne i świadczące o zamożności mieszkańców. Zainteresowały nas różne narzędzia, którymi posługiwali się ludzie, a najbardziej podobały się nam manekiny, które wyglądały jak prawdziwi ludzie. Trochę czuliśmy się jak w gabinecie figur woskowych tylko chyba bardziej realistycznie. Po zwiedzeniu wystawy wyszliśmy na podwórko, gdzie były zrekonstruowane domy ówczesnych ludzi z epoki przed- i słowiańskiej. Domy były z bali drewnianych i lepione z gliny i wikliny, wyposażone w różne domowe „urządzenia” zadziwiająco proste i funkcjonalne. Ta część zwiedzania podobała się nam najbardziej.

     


Ruszyliśmy w dalszą drogę z emocjami, bo przecież przed nami nowe, nieznane przeżycia i miejsca. Droga była spokojna, miła i wesoła, chociaż nasi opiekunowie chyba mieliby inne zdanie na ten temat.

Dojechaliśmy do Borzęcina ok 14:00 no i Panu Kierowcy chwilę zajęło znalezienie tej szkoły, w której mieliśmy „stacjonować”. Pierwszą naszą reakcją było stwierdzenie „jaka wielka buda”. Skomentowaliśmy ten fakt, że można w tej szkole zgubić się. Zakwaterowaliśmy się, umyliśmy rączki i poszliśmy grzecznie na obiad. Po obiedzie „zwiedzanie” szkoły. Oprócz nas była tam jeszcze grupa dzieci z drugiej i trzeciej klasy Szkoły Podstawowej z Przechlewa (woj. pomorskie), a więc cała chata nasza. Duża hala sportowa (większa od naszej), korytarze, łazienki, no i my. Dzieci z Przechlewa początkowo nas obawiały się, ale nie rozumieliśmy dlaczego. Pani Dyrektor zapewniła opiekunki tamtej grupy, że nic z naszej strony im nie grozi i tak faktycznie było. Potem nawet razem korzystaliśmy z hali sportowej.

     


Ok. 17:00 zaopatrzeni w zielone paski uprawniające do przebywania na stadionie i „kartki żywnościowe” pojechaliśmy na festyn „Borzęckie Święto Grzyba”, który odbywał się w miejscowości Łęki. Festyn „full wypas”. Mnóstwo różnych atrakcji, zabaw i urządzeń. Typowy park rozrywki. Było super. Każdemu oczy się świeciły do tego co widział i z czego, za gotówkę oczywiście, mógł skorzystać. Były zespoły muzyczne różnej maści, pokazy, zawody, siłacze i kolejki do toi toi’ów. Gwoździem programu wieczornego był występ zespołu IRA, ale nie mam pewności, czy mieliśmy jeszcze zdolność do odbioru muzyki. Niektórzy już leżeli na trawie i gdy Pani Dyrektor powiedziała, że musimy wracać, bo kończy się czas pracy kierowcy, to przyjęliśmy to z ulgą i zadowoleniem.

   


W szkole czekały na nas bułki i picie, ale jakoś nie mieliśmy ochoty na jedzenie. Nasi opiekunowie sądzili, że będzie mycie i spanie, ale okazało się, że po prysznicu wróciły siły i ochota do sportu na hali. No ok 23:30 zaczął się etap sportowy tego dnia. Pani Dyrektor ok. północy doznała kontuzji nogi, ale okazała się twardzielem, aż zaczęliśmy powątpiewać, czy cokolwiek się stało, bo nie dała po sobie poznać, że boli. Potem chyba mieliśmy spać, ale nie po to jeździ się na wycieczki, więc zabawa przeniosła się do sali, gdzie mieliśmy spać. I tak z drobnymi upomnieniami ze strony nauczycieli było aż do trzeciej, gdy zdesperowana Pani Dyrektor przyszła do nas i zwyczajnie położyła się z nami w jednej sali spać. Cóż było robić, my też musieliśmy, choć po jakimś czasie Pani wyszła, ale zmęczenie nas dopadło. Zanim jednak mieliśmy dodatkowego lokatora to niektórzy próbowali spać wcześniej, np. ja. Zasnęłam, ale obudziłam się, gdy chłopcy wynosili mnie wraz z łóżkiem na korytarz, a moja ulubiona koleżanka Klaudia im pomagała. Najfajniej było jak Martynę na środek wynieśli i tak dobrą chwilę spała.

Drugiego dnia – niedziela – wyczołgaliśmy się z łóżek około 8 rano. Poszliśmy na śniadanie, po śniadaniu hala tak dla rozruszania się, a następnie ok 10:30 wyszliśmy do kościoła. Po powrocie robiliśmy różne śmieszne rzeczy i tak do obiadu. Było wesoło i fajnie. Po obiadku wszyscy pojechaliśmy na festyn. Tym razem mieliśmy czerwone opaski i „karki żywnościowe”. Czuliśmy się na stadionie jak u siebie, bo wczoraj spenetrowaliśmy wszystko. Tego dnia byliśmy dłużej i oczywiście kasa się sama rozeszła. Ok. 18-tej zaczęło trochę padać, ale potem wypogodziło się. Deszcz przeczekaliśmy pod parasolami piwnymi. Potem zjedliśmy kolejny obiadek, który sponsorował, jak cały nasz pobyt, Wójt Gminy Borzęcin, za co jesteśmy Mu wdzięczni. Gdy poprawiła się pogoda szlajaliśmy się po festynie, korzystaliśmy z atrakcji, nawet Pani Dyrektor i Pan Andrzej dali się skusić na kolejkę i inne zabawy, a Pani Dyrektor chciała wystrzelić się z katapulty razem z Marcinem, ale oboje chyba po cichu myśleli, żeby tylko to drugie zrezygnowało i, oczywiście, nie wystrzelili się.

 


Wieczorem było super. Gwiazdą wieczoru była Beata Kozidrak z zespołem BAJM. Było cudownie, dużo krzyku, pisków, śpiewu. Nawet Pan Andrzej i Pani Dyrektor bawili się w rytmie muzyki. Po koncercie trudno było dostać się do busa, ale w końcu się udało. Na oko było kilkanaście tysięcy osób. Największy problem był jednak z dojechaniem do Borzęcina. Nieustający korek na drodze, mnóstwo pieszych, rowerzystów i tych po alkoholu. Służby porządkowe jednak spisały się na medal, bo nie widzieliśmy żadnego wypadku. Do szkoły dotarliśmy cali i zdrowi, a nasza kadra miała nadzieję, że dzisiaj to na pewno pójdziemy spać zaraz po myciu, ale my dopiero „wróciliśmy do życia”, czyli prysznic i znowu szaleństwo. Znowu dostaliśmy kanapki na kolację więc jak moglibyśmy spać.

Trzeciego dnia wstaliśmy ok 7:00. Mycie, śniadanie i wyjazd do Krakowa, który zwiedzaliśmy z przewodnikiem. Zwiedzaliśmy m.in. centrum Krakowa, Uniwersytet Jagielloński, Wawel, Katedrę na Wawelu, Dzwon Zygmunta. Byliśmy też w wawelskich podziemiach, gdzie byliśmy przy grobie Pary Prezydenckiej. Zwiedzanie zakończyliśmy w Galerii Krakowskiej, gdzie na parkingu stał nasz bus. Wróciliśmy do szkoły, gdzie czekała na nas obiadokolacja i zapasowe bułki na wszelki wypadek, gdyby ktoś wieczorem zgłodniał. Najbardziej chcieliśmy zagrać na hali, więc rozpoczęliśmy zmagania w kometkę. Fajnie było, gdy Pan Andrzej ograł Panią Dyrektor w grze pojedynczej, ale za to w deblu Pani Dyrektor z Panem Kierowcą wygrała z Panem Andrzejem grającym z Kubą.

     


Codziennie dostawaliśmy dużo do picia, w tym wody, której nadmiar uderzył na naszą wyobraźnię, więc zaczęliśmy zawody w piciu wody, oczywiście bez wiedzy opiekunów. Polegało to na tym, że należało wypić jak najwięcej wody w jak najkrótszym czasie. Zawody wygrał Miłosz, ale wszyscy co chwilę biegali do łazienki.

Czwartego dnia pobudka była baaarrdzo wcześnie, bo o 6:00. Musieliśmy znieść bagaże, umyć się, zjeść śniadanie i udać się na spotkanie z Wójtem Gminy Borzęcin o godz. 7:50, bo po spotkaniu wyjeżdżaliśmy do Zakopanego. Na spotkaniu z Panem Wójtem było trochę drętwo, ale chyba tak mają wyglądać oficjalne spotkania. Atmosfera się poprawiła, gdy dostaliśmy prezenty. Podziękowaliśmy Panu Wójtowi i wszystkim, którzy tam byli zgromadzeni. Pani Dyrektor wręczyła Panu Wójtowi i Pani Dyrektor z Borzęcina prezenty od nas, pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy do Zakopca.

Pan Andrzej ambitnie próbował nas edukować całą drogę do Zakopanego. Pokazywał, przypominał, zwracał naszą uwagę na mijane atrakcje, ale nam w głowie było tylko spanie. Z początku nawet nas złościło, że Pan Andrzej próbuje nas uczyć, a my chcemy spać, ale potem daliśmy za wygraną, a Pan tez jakby odpuścił.

W Zakopanem zaparkowaliśmy i wyruszyliśmy do Doliny Strążyskiej. Ładna, malownicza i niezbyt forsowna trasa, której przedłużeniem może być Wodospad Siklawica. I choć nazwa sugeruje, że wody tam dużo, to tym razem ktoś zapomniał odkręcić kurek. Nawet Pan Andrzej był zaskoczony. Było super, ale niestety trzeba korzystać z toalety i tu pojawił się problem z toi toi’ami. Było ich dużo, ale fetor czuć było z daleka, ale jak mus to mus, więc daliśmy radę. Potem pojechaliśmy do centrum, gdzie zaparkowaliśmy auto. Byliśmy w kościele pw. Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach. Podobało nam się bardzo. Jak to się mówi było coolowo. Potem pojechaliśmy kolejką na Gubałówkę, następnie po zapoznaniu się z częścią terenu zjechaliśmy na dół i oczywiście przed nami były Krupówki. Byłoby fajnie gdybyśmy jeszcze mieli kasę, ale Pani Dyrektor przewidziała, że będziemy spłukani i dała każdemu po 10 zł. Kasę dostaliśmy jeszcze raz, kolejne 10 zł, w Gorlicach na postoju, aby nikt nie był głodny, bo pepsi i wody mieliśmy pod dostatkiem.

       


Z Zakopanego wracaliśmy chyba jak zawsze zmęczeni i jak nigdy lub rzadko zadowoleni. Dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się.

I to koniec tej opowieści. Szczerze mówiąc to pamiętam jak przed wycieczką panikowałam, bałam się jechać, że będzie drętwo i głupio, tylko koleżanki trzymały mnie w nadziei, że będzie super. Myślałam, że opiekunowie będą sztywni, ale słyszałam wcześniej, że nawet Pan Andrzej jest spoko na wycieczkach, bo o Pani Dyrektor wiedziałam, że jest wycieczkowo odlotowa. Więc pojechałam, było coolowo, nie żałuję ani jednej godziny, minuty, czy sekundy.

Było super i, jak sądzę, każdy kto tam był ma takie zdanie. Pan Andrzej zrobił dużo zdjęć, które teraz przywołują kolejne wspomnienia i można by było jeszcze więcej opowiadać, ale szczegóły są tylko dla nas, a wam niech pozostaną domysły.
Katarzyna Gruszeczka